Społeczność
blog.ekologia.pl   Publicyści   Andrzej Gregosiewicz   HOMEOPATIA I INNE BREDNIE, CZYLI HOLIZM W POLSKIM SEJMIE
Kategorie
0

HOMEOPATIA I INNE BREDNIE, CZYLI HOLIZM W POLSKIM SEJMIE

UWAGI OGÓLNE

Ten artykuł dedykuję „oburzonym” (także tym piszącym kloacznym językiem), którzy uważają, że niepotrzebnie zajmuję się bezpieczną homeopatią, zamiast wszystkimi pozostałymi nieszczęściami związanymi z niedoskonałością medycyny kartezjańskiej. Przy okazji informuję wszystkich sfrustrowanych „komentatorów”, by inwektywy zamieszczali na końcu swych „merytorycznych” wypowiedzi. Wtedy jest szansa, że przeczytam całość. Jeśli bowiem, komentarz rozpoczyna się niecenzuralnie, szkoda mi czasu i od razu wciskam klawisz usuń

Motywy mojego działania

Subiektywne: przy stole operacyjnym uratowałem od kalectwa kilka tysięcy dzieci. Pośród nich były ofiary „specjalistów” medycyny holistycznej, którzy przez tyle lat szpikowali je cukrem lub naświetlali biopolem, że powstały tak monstrualne deformacje kręgosłupa i kończyn, że u części z nich możliwe było tylko leczenie paliatywne. Dzieci te będą już na całe życie przykute do wózka inwalidzkiego lub łóżka. Oszuści pozostali bezkarni, a wyznawcy ich wiary „oburzeni”, że o tym piszę. Przyznam, że ja też byłem oburzony, gdy prokurator nie chciał przyjąć mojego zawiadomienia o przestępstwie, gdyż nie byłem poszkodowanym.

Obiektywne: 1 / W medycynę bezprzymiotnikową wmontowane są procedury naukowe i administracyjne, eliminujące leki i metody terapii, które są nieskuteczne lub groźne dla zdrowia i życia. Informacje o nich, łącznie z liczbą i rodzajem powikłań (także zgonów) są podawane do publicznej wiadomości. Wniosek: moja interwencja w samooczyszczający się mechanizm jest zbędna.

2/ Nigdy natomiast, nie spotkałem się z przypadkiem, by osoby zajmujące się praktykowaniem „medycyny” holistycznej, chińskiej, filipińskiej (itp.), ogłosiły chociaż jeden raz, że ich lek lub metoda jest nieskuteczna lub daje niepożądane skutki. To klasyczna cecha szarlatanerii: wiadomo np., że żaden chiński szaman nie pomylił się ani razu od przynajmniej 7-8 tys. lat. Tak, jak komentator, który wszystko wie na pewno i aż się „gotuje”, gdy ktoś ma inne zdanie. Spokojnie Panowie. Wiedza uspokaja. Dlatego zachęcam do nauki. Ale dość o frustratach.

Mnie chodzi o ludzi autentycznie zainteresowanych problemem oszustw leczniczych. Piszę dla nich.

3/ Wszyscy podkreślają bezpieczeństwo stosowania homeopatii. Zgadzam się z nimi.

Ale uwaga!

Nikt, nigdy nie próbował skomentować informacji, że WHO - najbardziej skorumpowana organizacja na świecie - zabiła kilka milionów ludzi w Afryce i w Azji promując przez kilkadziesiąt lat (do 2009 r.) „leczniczego ducha” cukru buraczanego stosowanego w leczeniu ludzi chorych na malarię, AIDS, gruźlicę itp. choroby.

Teraz proszę czytać uważnie i zapamiętać!

Kilka milionów ludzi zginęło właśnie dlatego, że homeopatia jest bezpieczna. Bo bezpieczeństwo „leku” homeopatycznego oznacza jego całkowitą nieskuteczność terapeutyczną. Kilka milionów dowodów leży w Afryce i w Azji. Jeśli nie rozszarpały ich sępy i hieny.

A współcześnie?

Polska minister zdrowia zobowiązuje lekarzy, by rozcieńczoną, homeopatyczną wodę stosowaną w „poważnych i przewlekłych” chorobach wypisywać tylko na receptach. Kogo zobowiązuje? Nie wiadomo. Na liście specjalności lekarskich CMKP brak jest homeopatii, a normalni lekarze nie będą robić z siebie idiotów. Środowisko lekarskie puka się więc w czoło. A Pani minister będzie niedługo pukać laską w podłogę. Podobnie, jak Jej poprzednicy, którzy „wypukali” kaleką ustawę Prawo Farmaceutyczne z jej przestępczym zapisem: Produkty homeopatyczne nie muszą wykazywać dowodów skuteczności terapeutycznej”. Twórca poniższego tekstu Maciej Zembaty nie mógł przypuszczać, że wybrańcy narodu, którzy przegłosowali ten absurd będą aż takimi kalekami (umysłowymi).

SEJM KALEK

Stuk, puk
Laską w podłogę
Sejm, Sejm
Wyraża zgodę
Stuk, puk
Laską o blat
Sejm mówi: Tak!

Ślepi patrzą zadziwieni
Zaraz będą mówić niemi
W ławach wrzawa wnet wybucha
Głusi nadstawiają ucha
Na mównicę wszedł niemowa
Z wnioskiem o wolności słowa
Dyskusja się wywiązała
Kiedy zabrał głos jąkała

O jedności w społeczeństwie
Żeby jedność była wszędzie
Bo w jedności leży siła
Byle tylko jedna była
Jedna świnia, jedna krowa
Jedna d**a, jedna głowa
Teraz będzie głosowanie
Siadł i puścił z pyska pianę

Wg mnie zapis mówiący, że pewna grupa leków nie musi leczyć jest sam w sobie przestępstwem.

Pokazałem go prof. zw. dr. hab. med., dr. h.c. MACIEJOWI LATALSKIEGMU (ś.p.), ówczesnemu Przewodniczącemu Rady Naukowej przy ministrze zdrowia sic! i Przewodniczącemu Konferencji Rektorów Uczelni Medycznych. Oto co powiedział, napisał i opublikował ten, wielkiej wiedzy i niezwykłej uczciwości, człowiek:

„…..homeopatia nie ma nic wspólnego z medycyną (poza zjawiskiem placebo), a jej zasady „lecznicze” oparte są na pseudonaukowej przesłance, że „podobne można leczyć podobnym”. (…) …prof. A. Gregosiewicz słusznie proponuje, by z ustawy „Prawo farmaceutyczne” wyeliminować zapis o brzmieniu: Produkty homeopatyczne nie muszą wykazywać dowodów skuteczności terapeutycznej (art. 21).
Cytowany zapis jest w sposób oczywisty niezgodny z konstytucyjnie gwarantowanym prawem do ochrony zdrowia (Konstytucja RP; art. 68 ust. 1, 2, 3 i 4) i z nieznanego powodu promuje wyłącznie producentów nieskutecznych „leków homeopatycznych”, które mogą być wprowadzane do obrotu w sposób uproszczony. Jesteśmy zdania, że otworzenie furtki ustawowej wyłącznie dla producentów leków nieskutecznych jest niebywale groźne społecznie i wymaga dokładnego wyjaśnienia przez niezależny organ kontrolny” (….).

Jak powstaje popyt na pseudomedycynę

Pytanie podstawowe: dlaczego tak wielu ludzi korzysta z usług szarlatanów medycznych? Wg niektórych autorów przyczyną jest analfabetyzm matematyczny, czyli brak elementarnej swobody w posługiwaniu się liczbami i ocenianiem prawdopodobieństwa, a w rezultacie nieumiejętność logicznego wnioskowania („Analfabetyzm matematyczny i jego skutki", J.A. Paulos, 1999). To oczywiście prawda, ale nie cała. W Polsce równie ważną przyczyną jest powszechny analfabetyzm w dziedzinie wiedzy empirycznej będący m.in. skutkiem skostniałego, „humanistycznego" modelu szkolnictwa wyższego. W takim świecie, zamiast odkrywać nowe technologie (vide Finlandia) marnuje się czas i potencjał intelektualny dłubiąc „naukowo" w polityce, filozofii, ekologii, psychologii, lingwistyce, pedagogice lub nawet zjawiskach paranormalnych. Efektem tej, w dużej części jałowej pracy, są opisy „nowych" wizji świata wyposażonego w „słuszne" idee tolerancji, pluralizmu, poprawności politycznej, pozytywnego myślenia, bezstresowego nauczania, walki o prawa inaczej zorientowanych itp. W ten sposób bije się pianę tworząc cieplarniane warunki dla rozwoju postmodernistycznego relatywizmu, który przyspiesza ucieczkę od rozumu i zwykłego, oczyszczonego z ideologii, racjonalnego myślenia.

Jeśli przerysowuję, to tylko trochę i tylko w celu dydaktyczno-ostrzegawczo-edukacyjnym.

Nikt bowiem, nie może zaprzeczyć, że nonsensowne idee zawładnęły już elitami władz publicznych. Zaczęło się od ustalania prawd naukowych przez głosowanie. Na początek parlament obalił II zasadę termodynamiki i prawo Avogadra oraz potwierdził istnienie metafizycznych zjawisk takich, jak „pamięć wody" (nowelizacja ustawy „Prawo farmaceutyczne"). Potem poszło już łatwiej i do rejestru zawodów wpisano uzdrowicieli (bioenergoterapeutów), astrologów i wróżbitów. Zapomniano wprawdzie o k....ch i jasnowidzach, ale myślę, że tylko chwilowo. Z tymi ostatnimi, na przykład – współpracuje od dawna policja. Nie budzi więc mojego zdziwienia, że w tym paranormalnym świecie, statystyczny Polak nie umie odróżnić przypadkowych korelacji od związków przyczynowych.

A to właśnie dlatego oszustom medycznym tak łatwo wmówić ludziom dowolną bzdurę. Przykład? Proszę bardzo: wiadomo, że ponad 90% najczęściej występujących chorób i sezonowych niedomagań ulega samowyleczeniu. Nawet w przebiegu poważniejszych schorzeń zazwyczaj występują okresy remisji. Wszystkie więc tzw. „alternatywne terapie", np. dotyk ręki, niedotyk nogi lub „leczenie przez Internet" mogą sprawiać wrażenie skutecznych w 90%. A nikt nie zastanawia się nad tym, że w tej sytuacji, prawdziwie cudownym zdarzeniem byłby brak (sic!) wyleczenia.

Oczywiście, wielu ludziom zbyt prymitywne działania typu „świecowania uszu metodą Indian Hopi" wydają się podejrzane. Dla tych niedowiarków wymyślono termin „medycyna alternatywna". I znów, wystarczyłaby odrobina wprawy w logicznym wnioskowaniu, by stwierdzić, że jest to określenie wewnętrznie sprzeczne. Podobnie jak demokracja socjalistyczna. Nie da się ustawić w parze demokracji i socjalizmu. Dokładnie tak, jak medycyny i terapii alternatywnych. Gdyby bowiem jakikolwiek rodzaj terapii alternatywnej był skuteczny i powtarzalny zostałby natychmiast wchłonięty przez medycynę konwencjonalną. Stałby się po prostu medycyną. Pojawiłby się w podręcznikach, a jego twórcy zyskaliby wieczną sławę. „Alternatywność" wyparowałaby bez śladu.

Zastanówmy się teraz przez chwilę. Homeopatia od 200 lat stara się, by uznano ją za normalną dziedzinę medycyny. Wykonywano nawet poważne badania o charakterze podwójnie ślepej, randomizowanej próby na wielkim materiale klinicznym. Moim zdaniem bez potrzeby, bo przecież porównywano działanie placebo z ...placebo, ale niech tam… I tak wszystkie próby były negatywne lub przeprowadzano je bez właściwych rygorów metodologicznych. I co? Czy to przez złośliwość światowe nauki medyczne nie chcą zaliczyć homeopatii do prawdziwej medycyny?

Inaczej: czy 200 lat nieudanych prób nie wystarczy, by wyrzucić homeopatię na śmietnik historii lecznictwa? Naukowcy zrobili to już dawno, ale euro-głupole wcisnęli nam dyrektywę 2004/27/WE.

A nasz „suwerenny" ustawodawca podkulił ogon i zgodził się, by brukselscy politycy decydowali, które prawa naukowe obowiązują w Polsce.

Oczywiście, natychmiast znaleźli się naukowcy „z otwartymi umysłami" próbujący wyjaśnić metafizyczne zjawiska, które są podstawą homeopatii. Myślę nawet, że możemy już mówić o szkołach homeopatycznych. Przodują poznańska i wrocławska.

Koło się więc zamknęło i nauka zaczyna badać fantom własnego ogona. I nic nie da tworzenie nowych wydziałów uniwersyteckich kształcących studentów na tak perspektywicznych kierunkach, jak… kosmetologia. Już widzę… jak za kilka lat Rada Wydziału Lekarskiego (Farmaceutycznego) Uniwersytetu Medycznego w … (można wpisać blisko 10 miast) w tajnym głosowaniu akceptuje rozprawę doktorską magisterki kosmetologii (o specjalności SPA i WELLNES) na temat składu chemicznego maseczek nawilżających („jesteś tego warta").

I słyszę… triumfalny rechot Johna Horgana, z którego książką „Koniec nauki” tak bezwzględnie rozprawili się krytycy. Ale wracajmy do tematu.

Trzeba obiektywnie przyznać, że „terapeuci" zajmujący się alternatywnym „leczeniem" nie mają łatwo. Mało który z nich ma dostęp do laboratoriów diagnostycznych, a o wykorzystaniu zaawansowanych technologii typu rezonansu magnetycznego lub pozytonowej tomografii emisyjnej mogą tylko pomarzyć. Siłą rzeczy ich anegdotyczne diagnozy to pseudonaukowe słowotwórstwo typu: „zablokowanie przepływu energii przez organizm" , „patologiczne wibracje narządów wewnętrznych" itp. Trzeba przyznać, że w tym względzie inwencja słowotwórcza „alternatologów" jest niewyczerpana.

Terapia musi być oczywiście adekwatna do „diagnozy". W tym przypadku metodą z wyboru było tzw. leczenie holistyczne, którego ideą jest takie zharmonizowanie wibracji organizmu ludzkiego, by współbrzmiały one z wibracjami kosmosu.

Leczenie holistyczne nie wymaga oczywiście znajomości farmakopei, nie wymaga znajomości mechanizmu działania leków, nie wymaga posiadania umiejętności chirurgicznych, ani jakichkolwiek innych i wreszcie — kompletnie nie wymaga znajomości medycyny jako takiej. Wymaga jedynie sekciarskiej pewności siebie i „obczajenia" kilku terminów paramedycznych.

Dokładnie takich, jakimi posługują się w swoich komentarzach „oburzeni” nieodoucy i sfrustrowani specjaliści medycyny ogólnej.

Metodyka leczenia holistycznego

Pomysł był genialny w swojej prostocie — leczymy po prostu CAŁEGO CZŁOWIEKA, cokolwiek mu dolega. W ten sposób nie pominiemy, ani wrastających paznokci, ani lęków egzystencjalnych, ani zespołu Kawasaki — nawet, jeśli ta ostatnia nazwa kojarzy się terapeucie tylko ze sportem motorowym. Kuracja i tak będzie bowiem całościowa.

Na przykład odblokujemy przepływ energii biopola lub informacji leczniczej (cokolwiek to znaczy) przez punkty akupunkturowe leżące w przebiegu linii zwanych meridianami. Zostały one wyznaczone w Chinach 5 tysięcy lat temu, tzn. w czasie, gdy za centrum myślenia uważano śledzionę. To by się zgadzało.....

Spójrzmy choćby na klasyczną „terapię energetyczną" Reicha. Polega ona na głębokim oddychaniu w następującej sekwencji: wdech-wydech, wdech-wydech, wdech-wydech — itd., aż do uzyskania… orgazmu (Fritjof Capra Punkt zwrotny, PIW, 1987).

Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, ze jest to odmiana techniki uwalniania wolności poprzez stymulację punktu 12 gamma w przebiegu meridiany potrójnego ogrzewacza z jednoczesnym drażnieniem punktu środkowego ataku w przebiegu kanału zbiorczego Yang.

Myślą Państwo, że urządzam sobie kpiny? Że powyższa terapia to anegdota? Otóż nie. Wprawdzie ostatnie zdanie to zbitka kilku paranaukowych śmiesznostek, ale idea „leczenia" oraz słownictwo użyte w opisie mechanizmu kuracji jest oryginalne. Pozwoliłem sobie na ten niewinny zabieg, gdyż — niezależnie od składni - wszystkie elementy tego zdania są kompletnie bezsensowne. Nie zauważa tego niestety ogromna rzesza ludzi.

Wg mojej skromnej oceny 80% naszego społeczeństwa (lub więcej) nie ma zielonego pojęcia, jakimi kryteriami należy się posługiwać przy wyborze rodzaju terapii. Niezależnie od tego, czy porady udziela rzetelny specjalista, wróżka, bioterapeuta, szaman, radiesteta, astrolog, czy telewizor. To ostatnie urządzenie sprowadza najwięcej nieszczęść. Z trzech powodów: po pierwsze — milionowa oglądalność, po drugie — brak elementarnej wiedzy o metodologii naukowej u dziennikarzy prowadzących audycje z udziałem hochsztaplerów medycznych, po trzecie — śmierdzący konflikt interesów.

Zacznijmy od punktu trzeciego: gdy przed rokiem wygrałem w Warszawskim Sądzie Okręgowym (!) decydujące starcie z Izbą Gospodarczą „Farmacja Polska", która reprezentowała koncerny homeopatyczne o milionowym kapitale (Boiron, Heel i in.) — pies z kulawą nogą się tym nie zainteresował. A był to medialny hit. Po raz pierwszy w Europie sąd wyraźnie stwierdził, że argumenty naukowe są dostatecznie wiarygodne, by opublikowanie tekstu ze stwierdzeniem, że homeopatia jest oszustwem, a „leki" homeopatyczne to fałszywkinikogo nie zniesławiało. Skąd więc zmowa milczenia wokół wyroku? To jasne: penize nesmrdi.

Polskie media łykające wielkie pieniądze za reklamę „leków" homeopatycznych nie mogą jednocześnie informować czytelników, że sąd przyznał rację wrogowi homeopatii nr 1.

Ale Internet może. Jako pierwszy zareagował znany angielski fizyk, pisarz i propagator nauki Simon Singh, który pisząc książkę „Trick or Treatment?" i dedykując ją księciu Walii ośmieszył nie tylko „medycynę alternatywną" , ale również — korzystającą z usług homeopatów — angielską rodzinę królewską.

Nie zapomniano mu tego i gdy w jednym ze swoich felietonów napisał, że nieuczciwością jest stosowanie zabiegów kręgarskich w leczeniu astmy u dzieci (nie tylko lekarze rozumieją, jaki to absurd), Brytyjskie Towarzystwo Chiropraktyków pozwało go do sądu. W pierwszej instancji przegrał i może być zmuszony do zapłacenia blisko miliona funtów odszkodowania za zniesławienie oszustów. Lecz rozpętała się burza. W jego obronie wystąpiły prestiżowe instytucje naukowe oraz blisko 17 tysięcy znanych osób z całego świata. Angielskie prawo opiera się jednak na precedensach (common law), a nie na regułach słuszności. Dlatego Simon Singh szukał precedensu i znalazł go w… Polsce. Napisał do mnie list z zapytaniem, czy zgodzę się, by mógł przedstawić angielskiemu sądowi materiały z mojego, wygranego procesu z homeopatami. Nie muszę chyba pisać, że wysłałem mu odpowiednie informacje.

Polskim wyrokiem w sprawie homeopatii zainteresował się także prof. Stephen Barrett, prezydent amerykańskiej Narodowej Rady ds. Zwalczania Oszustw Leczniczych - największej tego typu organizacji na świecie, który poprosił mnie o przetłumaczenie najbardziej istotnych fragmentów akt sądowych. Nie przypuszczam, by robił to dla zaspokojenia własnej ciekawości. Tak więc, klęska homeopatów w sądzie będzie szerzej znana w USA, niż w Polsce.

W tym samym czasie w znanej polskiej stacji TV (tej ze spikerkami o niczym niezafałszowanej urodzie i elokwencji) znany dziennikarz zakpił sobie z widzów przeprowadzając wywiad z dwójką homeopatów, którzy jak zwykle pletli o „leczeniu informacją", bredzili o „potencjonowaniu leków" itd. Dziennikarz oczywiście nie miał pojęcia, że nikt na świecie nie jest w stanie wyjaśnić, co znaczą te terminy i śmiało włączył się do dyskusji zabierając nawet głos na temat potencjonowania. Nie wiedząc kompletnie o czym mówi stworzył wrażenie, że homeopatia to trochę inny, ale normalny sposób „leczenia". Gdyby podejrzewał, że Jego rozmówcy majaczą o „lekach", w których substancja „aktywna" jest rozcieńczona w stosunku np. 1 do 10400, być może próbowałby inaczej poprowadzić rozmowę. Jestem jednak dziwnie pewien, że powyższy zapis wykładniczy nic by mu nie powiedział. Nie jest on wyjątkiem. Na temat „medycyny alternatywnej" i homeopatii rozmawiało ze mną kilkudziesięciu dziennikarzy. Gdy, na dowód, że homeopatia jest oszustwem mówiłem o absurdalnej wielkości rozcieńczeń i przytaczałem liczbę 10400, ani jeden z nich nie rozumiał o co mi chodzi. Przyznawali, owszem, że to dość duża liczba, jednak nie potrafili pojąć, że jej wielkość nie ma żadnego odniesienia do czegokolwiek w naszym Wszechświecie i kawałek dalej.

Ale to jeszcze nic. Kilku dziennikarkom lubelskiej prasy próbowałem wytłumaczyć, że jeśli mechanizm działania oscillococcinum („leku" homeopatycznego wytwarzanego na bazie kaczych wnętrzności) polega na „przenoszeniu leczniczej informacji", to gdy przypadkiem do produkcji tego „leku" zostaną użyte zwłoki kaczki, która była chora na ptasią grypę - oscillococcinum „przeniesie informację chorobotwórczą". Nazajutrz ukazały się wielkie artykuły, że „leki" homeopatyczne przenoszą ptasią grypę. Błyskotliwy wniosek, prawda? Metafizyczny absurd, że „informacja" może „leczyć" lub „infekować" został pominięty; prawdopodobnie dziennikarki uznały, że jest to możliwy mechanizm działania „leku". Zresztą sprawa oscillococcinum jest już rozpatrywana przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Wcześniej Zespół Orzekający Komisji Etyki Reklamy stwierdził, że producent oscillococcinum (Boiron) nie przedstawił dowodów na skuteczność działania tego „leku" w przypadku grypy i nakazał zmianę treści reklamy.

Od tego czasu autoryzuję każde moje słowo. Zwłaszcza, jeśli widzę w czasie rozmowy z dziennikarzem „błysk zrozumienia" w jego oku i potakujące kiwanie głową, gdy odwołuję się do rachunku prawdopodobieństwa, przedstawiam liczby w zapisie wykładniczym, mówię o korelacjach i związkach przyczynowych, a zwłaszcza, gdy cytuję paranaukowe bzdury. Pamiętam bowiem, że pozostawiony sam na sam ze swoimi notatkami dziennikarz, w najlepszym wypadku napisze, że „prawda leży pośrodku", „że w tym coś jest" lub, „że należy mieć otwarty umysł".

Podsumowując, stwierdzam z całą stanowczością, że 90% audycji telewizyjnych oraz publikacji prasowych na temat „medycyny alternatywnej" ma charakter dezinformacji, gdyż ich autorami są ignoranci matematyczni i analfabeci naukowi. Oto, komu „zawdzięczamy" promowanie paramedycyny.

Wyjątkowo ogłupiającą rolę pełnią teksty o „medycynie alternatywnej" publikowane w pisemku „Nieznany Świat", którego wydawcą jest dziennikarz Rymuszko. Temu Panu dedykuję swój wyrok sądowy i zezwalam na skopiowanie go w „Nieznanym Świecie" z dowolnym komentarzem.

O dziwo, analfabeci matematyczni nie wstydzą się swojej ignorancji, ba!, poczytują to za dowód obdarzenia ich przez naturę „mądrością humanistyczną". Nic bardziej błędnego. Matematyczny głupek jest głupkiem zwykłym, tyle tylko, że tak rozpowszechnionym, że aż „niewidzialnym". Ileż to razy słyszałem z telewizora wyznania znanych „humanistów": „zawsze miałe(a)m kłopoty z matematyką" , „w matematyce nie byłe(a)m najlepszy(a)", "maturę z matematyki zdałe(a)m tylko dzięki ściądze" itp. Gdy jeszcze przy tym ci absolwenci wyższych uczelni, a zdarza się to często, akcentują czwartą sylabę w wyrazie matematyka, najlepiej wyłączyć telewizor.

Tę chorą sytuację wykorzystuje gromada oszustów, którzy w zamian za słone honorarium, urządzają teatr jednego aktora (i jednego, chorego widza). Zasadniczą rolę w przedstawieniu odgrywają rekwizyty w postaci wahadełek, różdżek, kryształów, polnych kamieni, dzwoneczków, światełek, odpromienników, biometrów, piramidek, kadzidełek, kasztanów, huby, magnesów, pierścionków, drucianych klatek pod napięciem12V, energetyzowanej wody, kurzych wnętrzności, sadła świstaka, liści kapusty, moczu (nie miodu!) pitnego, kolorów, zapachów, muzyki, wkładek do butów, plastrów aikido, mat terapeutycznych, pajączków, kosmodisków, oleju z czarnego kminku, słodkich granulek, potencjonowanej wody, ropnej wydzieliny rzeżączkowej przetworzonej na homeopatyczne „lekarstwo" i wszystkiego tego, co przyszło do głowy pierwszym, etruskim szamanom z Cromagnon i co potrafią wykombinować uzdrowiciele XXI wieku. Zainteresowanych sposobem stosowania wyżej wymienionych rekwizytów w „leczeniu alternatywnym" odsyłam do odpowiednich anegdot publikowanych w „Nieznanym Świecie".

Ktoś musi ludziom mówić o tych oszustwach

Padło na mnie. Dlaczego? Być może dlatego, że głupotę i oszustów leczniczych rozpoznaję z daleka. Wg Pani minister Fedak jednym z zadań bioenergoterapeutów jest „leczenie na odległość"; tak stoi napisane w ministerialnym dokumencie (sic!). Nic więc nie stoi na przeszkodzie bym ja mógł oceniać (i z bliska i z daleka), czy np. promieniowanie biopola terapeuty to promieniowanie głupoty, czy nie.

CZĘŚĆ SZCZEGÓŁOWA

Medycyna holistyczna

Wszyscy widzimy, że pośród uzdrowicieli pojawia się coraz więcej „prawdziwych, dyplomowanych medyków". Inwestują oni znaczne sumy we własne, wysoko zaawansowane technicznie i w pełni skomputeryzowane spektakle typu światło i dźwięk. W XXI wieku potrzebna jest bowiem odpowiednia scenografia i nowoczesne rekwizyty. Zwykle są to urządzenia z migającymi diodami i ruchomymi, kolorowymi histogramami na tle seledynowej poświaty ciekłokrystalicznych monitorów. Fakt, że wyświetlać one mogą dowolne idiotyzmy typu „biorezonansu", „biorytmów" lub „częstotliwości drgań bakterii" jest znany.

Szkoda tylko, że komputery nie mogą zaprotestować, gdy instaluje się w nich kretyńskie programy i nazywa np. Zappicatorami. Być może, gdzieś głęboko, w samym sercu ich procesorów zaczyna kiełkować elektroniczna świadomość, że się w ten sposób prostytuują, ale cóż mogą zrobić? Muszą rejestrować szum informacyjny wytwarzany przez procesy elektryczne w organizmie pacjenta i przetwarzać go na szum dezinformacyjny w postaci abstrakcyjnych wskaźników, czynników, faktorów, wektorów, wielkości, wartości i tym podobnych, nikomu niepotrzebnych liczb i symboli.

Jedynym realnym powodem dla którego konstruuje się takie urządzenia jest zysk ich producentów. W niniejszym tekście przeczytają Państwo opis pseudo-leczniczego działania tych elektronicznych nierządnic w postaci:

1. aparatu MORA i macierzy regeneratora

2. biorezonansowego skanera i VEGA eMeRTera

3. colon-hydrometronu i 1000 Digetronu

4. Vincenta bioeletrometru i Herrmanna ozonodozymetru

5. LCD Generatora i 1kHz Zappicatora

Wszystkie wymienione urządzenia (końcówki nazw dwóch z nich śladowo zmieniłem w celach mnemotechnicznych) znajdują się w „Gabinecie Medycyny XXI wieku" Wiesława Czarkowskiego, który sam o sobie mówi, że jest lekarzem. To bardzo prawdopodobne, gdyż jest nieźle obeznany z terminologią „medyczną", co prezentuje na swojej stronie internetowej (www.enervita.com.pl). Reklamowane przez Niego metody „terapeutyczne" są oczywiście zgodne z holistycznym paradygmatem leczniczym. Przyjrzyjmy się tym najbardziej całościowym. Jest ich siedem.

I „Terapia MORA"

Istotą metody jest „wygaszanie szkodliwych drgań przez ich lustrzane odbicie". W tym miejscu daję słowo honoru, że zarówno opis „terapii Mora", jak i wszystkich pozostałych „terapii" nie będzie odbiegał ani na jotę od oryginału. Tyle tylko, że oznaczę cudzysłowem sformułowania, których zwyczajny lekarz nie jest w stanie pojąć. Zastrzegam sobie także prawo do komentarza w miejscach, w których pseudonaukowe „ble-ble-ble" przekracza granice przyzwoitości.

Jak czytamy na stronie Ener-Vity, „terapia Mora" powstała po 19 latach badań, w czasie których odkryto, że każdy człowiek posiada „własne spektrum drgań". Dalsze badania wykazały, że „zdrowe części ciała drgają inaczej niż chore". Krótko mówiąc, drgają patologicznie, co jest odzwierciedleniem choroby. Leczenie polegać więc musi na odedrganiu. Jak to zrobić? Nic prostszego. Łączymy elektrody aparatu MORA z górnymi i dolnymi kończynami pacjenta. Aparat MORA, poprzez „biologiczno-fizyczny filtr rozróżnia spektrum mikromagnetyczne i spektrum informatyczne organizmu". Jeśli są one patologiczne tzn. „niewłaściwe informatycznie" — aparat stosuje „przeciwdrgania" i dołącza „drgania właściwe" dla organizmu pacjenta. W czasie pierwszego zabiegu („terapii bazowej") „zostaje zharmonizowane całe ciało". Drugi zabieg wykorzystuje inny program komputerowy, który „lokalizuje schorzenie". Wtedy stosowana jest „palcowata elektroda punktowa", która działa na zidentyfikowane wcześniej obszary chorobowe. „Leczenie" jest trudniejsze, gdy choroba atakuje „głęboko położone organy". Wtedy stosuje się „elektrody elastyczne, rolkowe lub nawet sondę aktywną", która „wydobywa chorobliwe drgania poprzez pole magnetyczne". Przebieg „terapii" kontroluje się w „punktach akupunkturowych". Efektem „terapii" jest „wydalenie szkodliwych substancji". W pierwszym okresie może nastąpić (tak jak w homeopatii) pogorszenie stanu chorego, czyli tzw. „reakcja pierwotna". Zaleca się wtedy picie dużej ilości wody, codzienne mycie się pod prysznicem i stosowanie preparatów poprawiających wydalanie stolca. Wraz ze stolcem wydalane są chorobotwórcze informacje.

Komentarz: czy może być coś bardziej żałosnego, niż lekarz, który podobne brednie nazywa odkryciami naukowymi, poleca, reklamuje, stosuje i wierzy w ich skuteczność? Takich przypadków dyplomowanej bezmyślności jest znacznie więcej. Myślę, że jest to wynik negatywnej selekcji. Jeśli ktoś nie radzi sobie np. z chirurgią, to szuka alternatywnego, dochodowego zajęcia. Ja to rozumiem i współczuję, co nie znaczy, że popieram. Przeciwnie: ostrzegam przed ludźmi, którzy mówią o odblokowywaniu energii, spektrach mikromagnetycznych, terapii bazowej, biologiczno-fizycznych filtrach, punktach akupunkturowych, chorobotwórczych informacjach, terapeutycznych sygnałach, lustrzanych kuracjach, całościowych terapiach itp. — wymieniać można bez końca. Tylko po co? We współczesnej fizyce, chemii, biologii i medycynie taka terminologia jest wyłącznie źródłem niewybrednych dowcipów.

II. "Biorezonans komórkowy"

Cytuję W. Czarkowskiego: „....terapia biorezonansowa opiera się na prostej, lecz genialnej idei dr Frantza Morella", czyli pobraniu od pacjenta „spektrum elektromagnetycznego". W specjalnym urządzeniu elektronicznym owo spektrum jest wzmacniane, odwracane w osi X (w sposób symetrycznie zwierciadlany) i przesyłane z powrotem do pacjenta, co „aktywuje siły regulacyjne organizmu oraz uwalnia go spod wpływu oddziaływań patologicznych" (przysięgam, że cytuję dokładnie). W ten sposób, uwaga! - „konieczność stosowania kosztownych urządzeń i programów zredukowana została do minimum"! Uzyskane w elektronicznym lustrze „lecznicze informacje" można przekazać bezpośrednio do pacjenta, albo na odpowiednie materiały nośne np. krople lub olejki. Powstaną wtedy „leki" homeopatyczne w zakresie "potencji C/D od 0 do LM XVIII" .

Potencja C to rozcieńczenie setne, zaś D dziesiętne. Rzymskie LM XVIII to arabskie 968. Co z tego wynika? Tyle tylko, że Czarkowski Wiesław stosuje „leki" homeopatyczne w nieskończonym rozcieńczeniu, czyli zawierające „nic".

Ale to jeszcze nie wszystko. Urządzenie do biorezonansu może „zredukować aktywność enzymatyczną grzybów patologicznych układu pokarmowego, ale tylko przy wzmocnieniu 10 tysięcy razy". Nie bardzo rozumiem, czy chodzi o wzmocnienie „elektronicznej informacji leczniczej", czy „potencji leków homeopatycznych". Ma to zasadnicze znaczenie, gdyż, jak przypuszczam, na „leki" homeopatyczne trzeba wyłożyć dodatkową kasę.

To są jednak tylko szczegóły. Ważne, że wg W. Czarkowskiego biorezonans jest skuteczny. I to na (cytuję dosłownie): „wszystkie zaburzenia funkcjonalne i choroby przewlekłe".

Komentarz: grafomania (groteska, głupota) naukowa jest zjawiskiem neutralnym dopóki pozostaje na papierze lub na ekranie monitora. Jeżeli jednak zawiera zrozumiałe dla wszystkich przesłanie typu: wyleczę w Kielcach wszystkie choroby przewlekłe — stwarza poważne zagrożenie dla życia i zdrowia pacjentów, którzy nabiorą się na te bzdury. W tym miejscu powinien wkroczyć prokurator. Ale nie wkroczy. Bo zepsuł mu się samochód.

III. Badania BE-T-A

A my wkraczamy. Na zupełnie inny, dziewiczy teren, nieznany naukom medycznym. Czytajmy więc uważnie. Wg W. Czarkowskiego, dzięki badaniom BE-T-A, można „zanalizować środowisko biologiczne". Jest to niezbędne, gdyż „Każda istota aby móc żyć, potrzebuje określonego przedziału biologicznego". Na szczęście gabinet Ener-Vita jest zaopatrzony w „bioeletrometr Vincenta", który z „matematyczną dokładnością określa przedział biologiczny" na podstawie pomiaru:

1. "ilości protonów w roztworze"

2. "wielkości gazowego ciśnienia wodoru roztworu na katodę liczoną w atmosferach na 1 cm2"

3. wielkości "specyficznego oporu płynu elektrolitycznego. Opór ten jest mierzony w Ohm/cm/cm2".

Powyższe „pomiary przebiegają anaerobowo w specjalnej elektrodzie". Anaerobowo tzn. bez udziału tlenu. W jaki sposób jest to możliwe? — nie wiadomo. Wiadomo tylko, że „u chorych z rakiem lub chorobą serca stwierdza się alkaliczną i wysoce utlenioną krew" (kompletna bzdura — przyp. A.G.). „Natomiast wartości oporu różnią się w zależności od tego czy ma się do czynienia z rakiem, zakrzepicą czy neurozą" (jeszcze większa bzdura — przyp. A.G.). Nie jest to jednak takie proste. Na przykład nie zdołałem się zorientować, czy na podstawie tych samych badań (choć na pewno w gabinecie Ener-Vita) oznacza się także:

1. "czynnik witalności Vi (nowe oznaczenie: AF), który określa odporność na choroby nowotworowe";

2. "Czynnik globalny Fg (nowe oznaczenie: BE-IW%), który uwzględnia, poza odpornością, potencjał redoks mierzony w mV, natężenie mierzone w mA oraz energię mierzoną w IW (jednostki IW nie występują w układzie SI. Skrótem IW posługuje się jedynie Instytut Włókiennictwa — przyp. A.G).

Komentarz: nie chce mi się komentować tego bezsensownego zsypu „informacji", z których wynika jedynie, że globalny Fg (Faktor głupoty?) niesłusznie przypisuje się Instytutowi Włókiennictwa. Nie wiadomo jednak, czy „bioeletrometr Vincenta" potrafi z „matematyczną dokładnością" określić do jakiego przedziału debilizmu naukowego zakwalifikować "badania BE-T-A".

IV. "Terapia regenerująca macierz (Vega MRT)"

Kuracja „składa się z trzech równocześnie odbywających się zabiegów (potrójna opłata? — przyp. A.G.) w jednym i tym samym cyklu roboczym." Jest to:

1. "biorezonans komórkowy"

2. "leczenie tkanek prądem stałym poprzez odwrócenie biegunowości komórkowej"

3. "masaż ssąco-próżniowy tkanki łącznej"

ad 1. Terapia biorezonansowa polega na „neutralizacji pól energetycznych". Procedura nosi nazwę: „terapia odejmująca kasowanie" wg dr Bodo Köhlera. Opis: „przez ssącą elektrodę wyciągającą są uwalniane toksyczne informacje i następuje ich zbieranie i przekazywanie do regulatora urządzenia w celu przetworzenia informacji". W aparacie MRT „toksyczne informacje" zamieniane są na „terapeutyczne sygnały" i przesyłane z powrotem do pacjenta.

ad 2. „Leczenie" prądem stałym polega na przyłożeniu „elektrody rolkowej", przez którą płynie prąd o napięciu 1 Volta. „Jest on przewodzony do tkanek, przez co nadmiar ładunków z obciążonej tkanki jest usuwany". Następuje „przywrócenie właściwej biegunowości komórkowej".

ad 3. „Masaż ssący" wytwarza „częściową próżnię w tkankach. Odbywa się wtedy wyciąganie obciążonej toksynami krwi na powierzchnię skóry".

Komentarz: „Próżnia tkankowa" kojarzy mi się jedynie z bezmózgowiem. „Terapia odejmująca kasowanie" to rzecz zrozumiała. Kasujemy pacjenta na, powiedzmy, 300, zamiast na 500 PLN. Odjęliśmy 200 PLN, więc pacjent powinien być uzdrowiony i uszczęśliwiony. „Toksyczne informacje" to pojęcie najłatwiejsze do wyjaśnienia. Zabijają one rozsądek u osób decydujących się na „terapię macierzy". Generalnie — kompletny idiotyzm.

V. „Terapia kwiatowa Bacha"

Szkoda czasu na opisywanie tych bzdur. Więc krótko: kwiaty zanurzone w wodzie wystawia się na trzy godziny na słońce. „Woda nasyca się wtedy kwiatowymi wibracjami". W celu utrwalenia wibracji do wody dodaje się wódki. W ten sposób, wg Bacha, „łączy się energie czterech żywiołów (ziemi, wody, powietrza i ognia), co sprawia, że "leki te są silnym nośnikiem czystych i subtelnych wibracji natury".

Woda + kwiat + słońce + wódka = „lekarstwo" Bacha

Komentarz: tylko osoba o wibrującej inteligencji nie boi się proponować swoim pacjentom energii czterech żywiołów. U naprawdę chorego pacjenta jeden aż nadto. Żywioł ziemi. Wokół drewnianej skrzynki.

VI. „Hydrokolonoterapia"

Wszyscy wiemy, co to jest lewatywa. Wyobraźmy sobie teraz ciągłe płukanie kiszki stolcowej przez np. pół godziny. Być może inaczej zorientowanym sprawiać to będzie przyjemność, lecz nie wyleczy, jak twierdzi W. Czarkowski, depresji, agresji i lęków. Usunie tylko fizjologiczną florę bakteryjną, której obecność jest konieczna dla prawidłowego funkcjonowania przewodu pokarmowego. Pokarmowe saprofity zapobiegają chociażby namnażaniu się bakterii chorobotwórczych i pasożytów.

Komentarz: zbędny tak samo jak „lecznicze" płukanie kiszek.

VII. Terapia totalna przy pomocy Bio Wave Generatora 21 LCD

Cytuję Czarkowskiego Wiesława: "Aparat jest przenośnym generatorem częstotliwości, którego nie powinno zabraknąć w każdej domowej apteczce. Jest to elektroniczne urządzenie zasilane przez baterie 9V służące do leczenia i oczyszczania organizmu z chorobotwórczych ustrojów wg metody zappingu dr Huldy Clark. Może być wykorzystywane do leczenia wszystkich chorób przez każdego i w każdym wieku".

Komentarz: To wszystko szczera prawda. Mało tego, po odwróceniu urządzenia „do góry nogami" włącza się GPS.

Mało optymistyczne zakończenie

Wszystkie stosowane przez Czarkowskiego Wiesława metody „leczenia" mają charakter anegdotyczny, co nie znaczy, że nie mogą powodować ciężkich powikłań lub opóźniać właściwej kuracji. U ich podstawy leżą teorie zgodne z paradygmatem holistycznym objawionym ludzkości przez potomków Wodnika i Heleny Pietrownej Bławatskiej.

A my wszyscy jesteśmy ślepymi świadkami historycznych przemian. Owszem, patrzymy, ale nie widzimy, że medycyna holistyczna — sztandarowa dziedzina ruchu New Age — wkracza na salony.

I nic na to nie poradzimy, bowiem każdemu doskonale wiadomo, że w każdym społeczeństwie jest zdecydowanie więcej ludzi naiwnych niż myślących. Dlatego zawsze na obrzeżach kultury funkcjonować będzie jakaś „medycyna alternatywna", a gabinet Ener-Vita W. Czarkowskiego, który zapewnił wszystkich (poprzez TV Polsat, program INTERWENCJA), że stosowane przez niego metody leczenia nie są oszustwem, zawsze będzie miał powodzenie.

Oszustami nie są także absolwenci licznych europejskich wyższych uczelni, którzy otrzymują dyplomy lekarza medycyny alternatywnej (najczęściej homeopatii).

A ja czekam, kiedy w Polsce powstanie pierwszy Otwarty Uniwersytet Medycyny Holistycznej. Jego absolwenci będą mieli pieczątki z napisem lek. med. hol.

I nikt nie odróżni.

Andrzej Gregosiewicz

Ten wpis czytano 2075 razy.
Odsłon: 74524
Andrzej Gregosiewicz
Profesor zwyczajny, kierownik Katedry i Kliniki Ortopedii Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. Od 2001 roku prowadzi walkę z oszustwami leczniczymi typu homeopatii, bioenergoterapii, radiestezji i innymi rodzajami tzw. "medycyny alternatywnej".
<< Czerwiec 2018 >>
PnWtŚrCzPtSoNd
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930    
zobacz wszystkie wpisy »